Z Kilimandżaro do Alderson

Z Kilimandżaro do Alderson

Zawsze się uśmiecham, wspominając ten dzień. Świat byłby raczej nudnym miejscem, gdyby na żadnym przyjęciu, w żad­nym pomyśle czy przedsięwzięciu biznesowym nie zdarzały się nieprzewidziane sytuacje. Pokonywanie tych trudności może nie jest zabawne, ale w rezultacie problemy i rozwiązania, jakie znajdujemy, dają nam więcej wiary w siebie. Uczą nas, że zdrowym rozsądkiem i determinacją możemy ze wszystkiego wyjść obronną ręką i przeobrazić klęskę w tryumf.

Nigdy, w najśmielszych marzeniach, nie przyszło mi do głowy, że sięgnę do lekcji wyciągniętej z tego marokańskie­go przyjęcia, aby przetrwać coś znacznie trudniejszego. Od początku 2002 roku aż do 2005 roku zostałam wciągnięta w przeciągającą się i wyczerpującą sprawę sądową. Rada nadzorcza i prawnicy namawiali mnie, abym zrezygnowała z funkcji dyrektora naczelnego i przewodniczącej rady nad­zorczej firmy, którą niegdyś otworzyłam i która ciągle jesz­cze nosiła moje nazwisko. Sugerowano mi to, pomimo że kłopoty prawne nie były związane ze sprawowaną przeze mnie funkcją. W wyniku procesu sądowego zostałam skaza­na na 5 miesięcy więzienia w Alderson i 5 miesięcy aresztu domowego.

Podczas długich miesięcy śledztwa i procesu, a także w czasie oczekiwania na wyrok, każdego dnia budziłam się z nadzieją, że to tylko zły sen. Spędziłam całe lata na budo­waniu reputacji mojej firmy i ciężkiej pracy, wprowadzając ?dobre rzeczy” do wielu amerykańskich domów, i nagle oso­bista transakcja akcjami zagrażała zniszczeniem wszystkie­go: moich popularnych programów telewizyjnych, ukocha­nych czasopism i projektów książek, ożywionemu wzornic­twu i produkcji, a także bardzo twórczemu personelowi, ni­gdy nienarzekającemu na brak pomysłów. Wall Street nas ceniła, rozwijaliśmy się dobrze i nasze perspektywy były wręcz świetlane.

Wiele się zmieniło, kiedy prasa doniosła, że rząd rozpo­czął śledztwo w mojej sprawie. W mediach słychać było bar­dzo krytyczne głosy i opinie, pojawiły się okropne plotki. W rezultacie akcje mojej cenionej firmy poleciały na łeb na szyję. Ale jedna rzecz pozostała taka sama. Od pierwszego dnia tego koszmaru, otrzymywałam ogromną liczbę listów i e-maili – pozytywnych, podtrzymujących na duchu wiado­mości od moich widzów, słuchaczy i klientów. Partnerzy, ta­cy jak Kmart, dzielnie popierali moją firmą.

Doskonale pamiętam z tych dni znużenie, frustrację i surrealne odczucia. Niemal 10 lat wcześniej, w czasie wspinaczki na Kilimandżaro, przeżyłam coś podobnego do tych wrażeń. Ostatniego dnia podróży, kilka minut po pół­nocy, nasza mała grupa opuściła obóz w Kibo. Mieliśmy za­miar przed świtem osiągnąć szczyt i zobaczyć wschód słoń­ca nad piękną Afryką. Wspinaczka była wyczerpująca i, ma­jąc szczyt w polu widzenia, grupa rozdzieliła się na dwie ekipy. Jeden z przewodników poszedł z dwoma uczestnika­mi, a drugi został ze mną. Na poziomie 19 000 stóp (oko­ło 6000 m n.p.m.), gdzie tlen jest tak rzadki, że trudno jest oddychać, mój przewodnik nagle zaniemógł, prawdopodob­nie z powodu wysokości terenu. Miał krwotok z nosa i mu­siał zejść na dół. Zastanawiałam się, co robić: iść dalej sa­ma czy, jak mi doradzał, wrócić z nim, no i nie wejść na szczyt. Nie mogłam wyobrazić sobie powrotu bez zdobycia szczytu, ale zdawałam sobie sprawę, że jestem na niebez­piecznym szlaku. Byłam wyczerpana fizycznie, miałam za­wroty głowy, wręcz chwiałam się z braku tlenu. Nie byłam pewna, czy uda mi się dogonić pierwszą grupę, ani tego, czy skończę wspinaczkę. W dodatku, jeśli stałoby się coś złego, musiałabym sobie poradzić sama. Zdeterminowana powlokłam się jednak naprzód, jedząc śnieg, aby utrzymać się na nogach (mój przewodnik zapomniał wziąć wodę i żywność, dowód – że rzeczywiście był chory, zanim za­częliśmy wspinaczkę). Oddychając wolno i głęboko bardzo rzadkim powietrzem, zbliżałam się wciąż do celu. Wierz­chołek był w polu widzenia. Wspinałam się krok za krokiem i zdążyłam akurat na moment, kiedy pierwsze promienie słoneczne oświetliły tę część kontynentu. Kierowałam się instynktem i wytrwałam.

W czasie śledztwa i toczącego się procesu miałam podob­ne odczucia fizyczne. Byłam wyczerpana, nie mogłam spać i bez przerwy martwiłam się przyszłością mojej firmy i pra­cowników. Moi dyrektorzy nalegali, bym zdystansowała się od firmy. Polegali na zapewnieniach, które dawałam, ale prawna zawierucha pogłębiała się coraz bardziej.