Dla następnego pokolenia

Dla następnego pokolenia

Oddzielną kategorię stanowią tzw. karty młodzieżowe. Funk­cjonują one jednak na innych zasadach niż opisane powyżej „prawdziwe” karty dodatkowe. Są to bowiem produkty dla nastolatków, którzy korzystają z pieniędzy przekazywanych im przez rodziców na specjalne oddzielne konta osobiste (mło­dzieżowe) lub na rachunki prowadzone w ramach kont rodzi­ców (lub innych osób pełnoletnich). Jest to ucywilizowana forma kieszonkowego. Korzystają na niej oczywiście banki, ale także rodzice, którzy z jednej strony nie muszą wyposażać swoich milusińskich w gotówkę (co bezpieczne nie jest), a z drugiej – utrzymują pełną kontrolę nad ich wydatkami (bo banki ślą co miesiąc pełne wykazy transakcji).

Z czego można wybierać? Każdy liczący się bank ma w ofercie jakiś „plastik” młodzieżowy.

Ponieważ liczy się powiązanie z kontem osobistym, są to karty o charakterze debetowym i to te bezpieczne (karta funk­cjonuje tylko w środowisku elektronicznym, zatem każda trans­akcja jest autoryzowana). W grę wchodzą zatem takie karty, jak Maestro, VISA Electron lub PolCard Bis. Są one dla nie­poznaki poukrywane pod innymi nazwami, bardziej odpowied­nimi dla młodego użytkownika. Na rynku są więc Juniory, Ido­le, Bajery, Youngi etc.

Prześledźmy zatem ofertę banków.

Pekao SA oferuje dwa rodzaje kart Maestro, wydawanych właścicielom rachunków Eurokonto Junior: Junior i OK.

  • Juniora mogą używać osoby w wieku od 13 do 18 lat, a karcie głównej może towarzyszyć aż 9 kart dodatkowych. Karta kosztuje 4 zł rocznie, dzienny limit wypłat gotówki w bankomacie ustalono na 200 zł.
  • Karta OK przysługuje klientom od 15. do 18. roku życia. W tym przypadku nie możesz uzyskać żadnych kart dodatko­wych, natomiast opłaty ustalono na takim samym poziomie jak w przypadku Juniora.

WBK także ma w zanadrzu 2 karty młodzieżowe. Jedna Euro 26 działa w systemie Maestro, a jej dodatkowym atu­tem jest możliwość wykorzystywania zniżek i rabatów w ozna­czonych sklepach, hotelach, muzeach i innych miejscach ozna­czonych logo Euro 26 w całej Europie. Zatem w taką kartę powinieneś wyposażyć nastolatka, którego wysyłasz w podróż zagraniczną. Kartę przeznaczono dla przedziału wiekowego 14-26 lat. Kosztuje całkiem sporo, bo 38 zł rocznie.

Druga karta to WBK Young (VISA Electron), przeznaczo­na dla osób w wieku od 13 do 20 lat. Co interesujące – jest wydawana bezpłatnie.

Górnośląski Bank Gospodarczy oferuje kartę PolCard Bis, którą przeznacza dla posiadaczy rachunku młodzieżowego Idol (13-26 lat).

BPH wydaje karty młodzieżowe Sezam (VISA Electron) posiadaczom rachunków Sezam Junior w wieku od 13 do 18 lat. Także ta karta jest bezpłatna.

Pozostałe karty w systemie VISA Electron wydają BIG BG (karta Bajer za 6 zł rocznie), Kredyt Bank (7 zł rocznie, 13-18 lat) i PKO BP SA – karta PKO Graffiti dla posiada­czy rachunku młodzieżowego. W tym ostatnim przypadku masz możliwość sięgnięcia po 9 kart dodatkowych.

 

Jakość musi być częścią Twojego ?świetnego pomysłu”

Jakość musi być częścią Twojego ?świetnego pomysłu"

Nie zrozum mnie źle. Nie twierdzę, iż jakość jest tak waż­na, że koszt nie ma znaczenia. Takie podejście też może być przepisem na upadłość. Sugeruję tylko, że jakość musi być na pierwszym planie od momentu olśnienia, jakiego doświad­czyłeś, uświadamiając sobie swój ?świetny pomysł”. Upewnij się, że jesteś w stanie zrealizować swoje plany, nie zapomina­jąc o jakości. Sprawdzaj codziennie, każdym sposobem, jak ten cel jest realizowany w Twojej firmie. Niestety, w wielu za­kładach jakość jest pierwszym czynnikiem, który cierpi, kiedy budżet nie wystarcza lub konkurencja utrudnia ustawienie cen na poziomie dostatecznego zysku. Ale ja podkreślam, że jakość musi być ostatnią rzeczą, która ucierpi!

Jeśli stoisz w obliczu trudnych decyzji i kusi Cię, aby zmienić normy jakości – nie rób tego. Weź się do roboty i zlikwiduj każdy naprawdę niepotrzebny wydatek. Wyeliminuj każdy przypadek marnotrawstwa w Twojej firmie. Jeśli wyrzucasz pieniądze na rzeczy, które są zbędne, ryzykujesz jakością swo­ich wyrobów, a tym samym egzystencją swojej firmy.

Kiedy wyeliminujesz chwasty i dojdziesz do wniosku, że ciągle trudno jest utrzymać jakość na dobrym poziomie, siądź, otwórz swoje księgi rachunkowe i zbadaj uważnie, czy nie zachodzi konieczność zaadaptowania się do rzeczywisto­ści. Na przykład przyjrzyj się mojej przyjaciółce Melissie Neufeld. Kilka lat temu Melissa otworzyła sklep z artykułami papierniczymi. Wytwarzała piękne papiery do pakowania i kartki okolicznościowe, używając materiałów bardzo dobre­go gatunku. Jej wyroby były dobrej jakości, ale nie były tanie. Melissa chciała je sprzedawać masowo, więc dokonała anali­zy. Odkryła, że nie jest w stanie konkurować na średnim i ni­skim poziomie cen w tej branży. Masowi sprzedawcy mieli ogromną przewagę ilości. Szybko zrozumiała, że jako mała firma nie może sprzedawać tanio swoich pięknych wyrobów. Jednak ustanawiając wyższe ceny, może zaoferować eleganc­kim domom towarowym i sklepom z upominkami wyjątkowy towar, za który zasobniejsi klienci chętnie zapłacą, a to za­pewni jej wystarczający zysk. To była właściwa, dobrze prze­analizowana, realistyczna decyzja biznesowa. Melissa znala­zła sposób na wytwarzanie produktu, którego jakość spełnia­ła wymagania jej klientów, i zarabiała na tym. Rozbudowała swoją firmę przez dodanie większej liczby produktów do swojej oferty, a nie konkurując z innymi na rynku za pomocą obniżonej jakości towarów.

Cokolwiek chcesz robić w swoim biznesie – zapewnij te­mu najwyższą jakość i przeanalizuj finansowe konsekwencje tej decyzji. Jeśli koszt Cię zniechęca, szukaj producentów lub partnerów detalicznych, gotowych go z Tobą podzielić. Po­myśl też o innych innowacyjnych rozwiązaniach, jak ?Martha Stewart Living” z Kmartem. Jeśli liczby dalej nie wyglądają dobrze, przemyśl cały pomysł i rusz w innym kierunku.

Czy tył karty zawiera coś ważnego?

Czy tył karty zawiera coś ważnego?

Zaczniemy oryginalnie, bo od opisu tego, co spotkasz na od­wrocie karty. Dlaczego? Wbrew pozorom, to tam, a nie na ko­lorowym awersie, kryje się dusza i mózg karty.

Mowa o tajemniczym czarnym pasku, który widzisz u góry. To jest słynny pasek magnetyczny, który kryje wiele informacji na temat karty i jej użytkownika. Bez sprawnego paska karta traci chęć do życia — praktycznie nadaje się do wymiany.

Więcej niż marketing – gra reklamowa

Więcej niż marketing - gra reklamowa

Zawsze uważałam, że reklama powinna wiązać się z roz­głosem, który ludzie uważają czasem za bezpłatną reklamę. W rzeczywistości nie jest ona bezpłatna, bo aby zdobyć roz­głos, trzeba Twojego czasu, energii i inteligentnego planowa­nia. Rozgłos różni się od reklamy, ponieważ wiąże się z zain­teresowaniem mediów Twoją firmą. Bardzo często najlep­szym sposobem osiągnięcia go jest pewna zuchwałość.

Lokalne gazety, stacje telewizyjne i radiowe zawsze pracu­ją nad programami wymagającymi informacji lokalnych eks­pertów. Jeśli to, co robisz, jest szanowane i pozytywnie oce­niane przez klientów, całkiem możliwe, że reporterzy i pro­ducenci będą potrzebowali Twojej ekspertyzy. Możesz nie mieć możliwości promowania swojego produktu lub ?świet­nego pomysłu”, ale będziesz budował więź, łączność z od­biorcami, która z czasem zaprocentuje.

Wróćmy do przykładu sklepu ze sprzętem wędkarskim. Byłoby bardzo dobrze, gdyby właściciel firmy miał dość wiary w siebie, aby rozesłać list do lokalnych mediów, że oferuje usługi jako ekspert z zakresu wędkarstwa. ?Kiedy będziecie pracować nad tematem związanym z wędkarstwem – mógłby napisać w swoim liście – z przyjemnością podzielę się z wami najbardziej aktualną wiedzą na ten temat”.

Kiedy nawiąże taki kontakt z mediami, powinienem mieć oczy otwarte na wszystko, co nowe, co może zainteresować lokalnych wędkarzy i co można zasugerować reporterom ja­ko temat programu. Być może na rynku pojawiła się nowa przynęta, która cieszy się wielkim powodzeniem w okolicy, lub jakiś środowiskowy problem zagraża lokalnej faunie. Je­śli umie pisać lub dzielić się wiedzą na ten temat, może za­pewnić dobrą reklamę dla własnego sklepu. Powinien też mieć ochotę nawiązać kontakt z publicznością. Na przykład jego sklep może być gospodarzem Learn-to Fish Day, ucząc dzieci, jak zarzucać wędkę, lub oferując warsztaty wędkar­skie w okolicznych szkołach. Może zbierać pieniądze dla miejscowej proekologicznej organizacji charytatywnej, urzą­dzając zawody wędkarskie. Wszelkimi sposobami powinien poinformować o tych wydarzeniach miejscowe media. Zdję­cia z imprez dla dzieci są dla gazet chlebem powszednim. Każda wzmianka o Twojej firmie albo cytat z Twojej wypo­wiedzi uczynią Cię bardziej rozpoznawalnym i podniosą ran­gę Twojej firmy w okolicy.

Taka sama zasada sprawdza się w usługach. Być może je­steś nauczycielem, który rozwinął szanowaną, prywatną fir­mę zajmującą się udzielaniem korepetycji. Jeśli chcesz roz­szerzyć działalność i rozbudować firmę, skontaktuj się z wszystkimi lokalnymi reporterami zajmującymi się eduka­cją oraz ze stacjami telewizyjnymi i radiowymi. Nie żałuj in­formacji na temat kształcenia, testowania lub przygotowań do college’ów. Zasugeruj tematykę artykułów, które zwrócą uwagę rodziców, będących również Twoimi potencjalnymi klientami. Opisz, dlaczego Twoje metody nauczania są lep­sze niż inne, a nawet zaproś tych reporterów do swoich klas.

To jest ten rodzaj informacji, który powinien być przekaza­ny przez media. Jeśli będziesz traktował dziennikarzy i re­porterów także jako Twoich klientów i myślał w podobny sposób jak oni, uda Ci się nawiązać z nimi kontakt. W koń­cu, kiedy Twój biznes rozkwitnie, będziesz mógł przyjąć spe­cjalistę od public relations, by udoskonalił wizerunek firmy. Ale na samym początku, jeśli masz odwagę podążania do przodu, sam buduj jej obraz.

Kiedy rozpoczynałam biznes cateringowy, powiadomi­łam o tym wszystkich moich przyjaciół, którzy pracowali w lokalnej gazecie. Inicjowałam pisanie o mojej firmie po­przez urządzanie przyjęć, darowizny żywności na charyta­tywne aukcje, a nawet lekcje gotowania dla szkolnych przy­jaciół mojej córki. Te lekcje były trochę inne – dzieci uczy­ły się nie tylko podstaw, ale także bardziej złożonych tech­nik i klasycznych przepisów. Każde dziecko, zanim ukoń­czyło 10 lat, umiało przyrządzić idealny omlet, upiec smaczny, cieniutki naleśnik i zrobić świetny suflet. Artyku­ły, które zainspirowałam, były fantastyczne, z pięknymi zdjęciami i mnóstwem przepisów. Taki rodzaj public rela­tions kontynuuję do dzisiaj z firmą zarejestrowaną na gieł­dzie w Nowym Jorku.

By odnieść sukces, buduj Swoją firmę na tym, co naprawdę lubisz

By odnieść sukces, buduj Swoją firmę na tym, co naprawdę lubisz

Wspaniale jest kochać własną pracę. Robienie tego, co się lubi, dodaje energii. Entuzjazm wręcz upaja, a zmysły wydają się wyostrzone. Codziennie budzimy się z nowymi pomysłami i rozwiązaniami problemów, które pojawiły się poprzedniego dnia. Towarzyszy nam wiara, że cele można osiągnąć i że kreatywność, wynalazczość, wytrwała praca i zaangażowanie zaowocują zgraniem wszystkich elementów w całość. Ta pa­sja pracy przypomina upojny romans – coś, co każdy z nas chciałby przeżyć, ale co zdarza się najwyżej raz lub dwa razy w życiu, i to tylko wtedy, gdy dopisze szczęście.

Poznanie własnych zainteresowań, pielęgnowanie ich, wy­nikająca z nich radość, nawet jeśli sprawy nie układają się najlepiej, stanowi znak firmowy przedsięwzięcia, które się buduje, prowadzi i rozwija. To ogromny nakład energii, który umożliwia innym korzyści, naukę, a niekiedy nawet zarobki.

Zawsze sprawia mi ogromną trudność rozgraniczenie ży­cia i biznesu. Te dwa światy są dla mnie nierozłącznie sple­cione. Głównie dlatego, że z jednakową pasją traktuję oby­dwa. Upraszczając – moje życie to moja praca i moja praca to moje życie. W rezultacie uważam, że mam szczęście – lu­bię poranne wstawanie i wyruszanie do pracy. Uwielbiam również pracę nad nowymi pomysłami.

Zaangażowanie w życie i pracę nie jest niczym osobliwym. Znam przedsiębiorców, którzy czują to samo i ich zaangażo­wanie w pracę i życie jest wręcz zaraźliwe. Bez względu na to, czy pracują w firmie cudzej, czy własnej, czy też zakłada­ją rodzinę lub przygotowują akcję na rzecz organizacji chary­tatywnej – zawsze wsłuchują się we wszystko wokół, co służy rozwijaniu pomysłów i realizacji marzeń. Ci ludzie zawsze znajdą sposób na wykonanie zadania lepiej, szybciej i z więk­szą energią niż inni.

Pasja jest pierwszym, najbardziej podstawowym czynni­kiem planowania i inicjowania biznesu, a także realizowania jakiegokolwiek godnego uwagi projektu. Bez pasji praca jest tylko pracą, robotą. Bez pasji jakość – najważniejsza część każdego biznesu – spełnia tylko minimalne wymagania. Bez pasji najważniejsi ludzie w Twoim przedsięwzięciu – Twoi klienci – przestają się liczyć.

Pasja dzielenia się wiedzą i upraszczania codziennych pro­blemów związanych z prowadzeniem domu pomogła mi prze­kształcić moją ?domowego chowu” cateringową firmę w przed­siębiorstwo o milionowych dochodach, zatrudniające setki osób i dostarczające paniom domu w Ameryce tysiące pożądanych i pożytecznych artykułów gospodarstwa domowego.

Kiedy praca wynika z pasji, nie czuje się jej ciężaru – daje poczucie zadowolenia i kontroli, związane znacznie bardziej z tworzeniem, budowaniem, inicjowaniem, kierowaniem i usługami niż prostym przechodzeniem od jednego zadania do drugiego. Często posługuję się następującym przykładem: dla mnie sadzenie roślin i opiekowanie się ogrodem nie jest nigdy pracą w ogrodzie. Jest ogrodnictwem. Ja nigdy nie mu­szę pracować w domu. Muszę wypolerować meble, odkurzyć, skończyć prasowanie.

Jakie karty wybrać?

Jakie karty wybrać?

Wiesz już, że co do jednego właściwie nie masz wyboru — za­wsze przy otwieraniu konta osobistego (lub chwilę później) bank wyposaży Cię w kartę debetową. Będzie to w większo­ści przypadków albo Maestro albo VISA Electron. Ich funk­cjonalność jest podobna — służą do wypłat gotówki i dokony­wania transakcji bezgotówkowych wszędzie tam, gdzie działają elektroniczne terminale POS.

O ile karta debetowa jest narzucana z góry, o tyle wybór wszystkich pozostałych produktów kartowych zależy od Ciebie.

 

Co mogę doradzić? Przede wszystkim absolutnie nie bądź wierny jednej organizacji kartowej. Z własnego doświad­czenia wiem, że systemy kartowe lubią od czasu do czasu „zawieszać się”, a wtedy – jeśli akurat próbujesz robić zaku­py – jedynym lekarstwem jest użycie karty innej organizacji.

Zatem: jeśli w portfelu masz już Maestro, warto byś rozej­rzał się za dodatkową VISA. Jeśli natomiast bank wyposażył Cię w VISA Electron, pomyśl o dodatkowym zabezpieczeniu w postaci karty Eurocard/MasterCard. Wymieniłem tu dwie zdecydowanie przodujące organizacje kartowe, ale sprawa do­tyczy oczywiście także innych marek: PolCardu, Diners Club czy American Express. Tak jak nie powinieneś zostać z jedną kartą, tak lepiej nie oddawaj swego losu w ręce jednej organi­zacji płatniczej.

Drugorzędne znaczenie ma to, czy Twoja dodatkowa kar­ta będzie miała charakter obciążeniowy czy też kredytowy. Jest to raczej kwestia Twojego charakteru: czy jesteś odpor­ny na pokusy konsumpcyjne (wtedy możesz śmiało sięgać po kartę kredytową), czy też wolisz być co miesiąc rozliczany przez bank co do złotówki (karty obciążeniowe).

Jeśli jesteś aktywnym klientem różnych firm, które wydają karty wspólnie z bankami, możesz śmiało sięgnąć po te produk­ty. Uzyskasz bowiem sporo dodatkowych przywilejów.

Jeśli często jeździsz za granicę, możesz pomyśleć o kartach, które są rozliczane w dewizach (np. dolarowe karty Pekao SA czy BPH). Dzięki nim oszczędzasz na kosztach przeliczeń transakcji zagranicznych – a dziwnym trafem kursy, po jakich banki przeliczają wydatki kartowe są zwykle mało atrakcyjne. Samego ryzyka kursowego oczywiście nie unikniesz: na koncie karty masz zablokowane dolary, których wartość złotówkowa może się wahać w bardzo różny sposób.

Jeszcze inny dylemat mają ci użytkownicy, którzy chcą ko­rzystać z zakupów internetowych i telefonicznych, a obawiają się „sieciowych złodziei”. W takim przypadku radziłbym się­gnąć po oddzielną kartę (przeznaczoną tylko do takich trans­akcji), a charakteryzującą się niewielkim limitem wydatków. Jeśli jesteś aktywnym użytkownikiem, będziesz musiał wpraw­dzie często uzupełniać limit, ale za to nie musisz bać się cyber  kradzieży.

Próbuj tak długo, aż odkryjesz to, co Cię pasjonuje

Próbuj tak długo, aż odkryjesz to, co Cię pasjonuje

Być może jesteś pewien swego powołania tak samo jak ko­loru swoich oczu lub smaku ulubionych lodów. Może snujesz plany otwarcia własnej szkoły narciarskiej lub projektowania ekskluzywnych akcesoriów papierniczych. Myślisz o tym tak długo, że wydaje się to niemal rzeczywiste. Ale jest to tylko próba znalezienia sposobu na ruszenie z miejsca, na prze­kształcenie marzenia w rzeczywistość.

A może jest inaczej – czujesz palącą żądzę rozpoczęcia czegoś, prowadzenia czegoś i nie wiesz za bardzo, czym jest to ?coś”. Szkoły biznesu są wypełnione ludźmi, którzy szuka­ją tego samego, którzy starają się zgromadzić wszystkie na­rzędzia potrzebne do tego, aby ruszyć pełną parą w kierunku, który trzeba najpierw wytyczyć.

Czasami zdarza się, że coś burzy Twój spokój. Chociaż masz znakomitą pracę, jesteś ustawicznie zaprzątnięty no­wym pomysłem. Obracasz go w myślach jak kostkę Rubika, ćwicząc sposób poważnego, wyważonego powiadomienia o tym rodziny i przyjaciół. Pochłania Cię problem, ?jak zaro­bić na tym” pieniądze, aby nikt nie sądził, że postradałeś zmysły. Nieodmiennie towarzyszy temu przekonanie, że bę­dzie to wielka frajda.

Kiedy wracam do czasów myślenia o wyborze zawodu i odkrywania w sobie ambicji przedsiębiorcy, moje wybory wydają się raczej przypadkowe. Byłam zaledwie nastolatką, kiedy zaczęłam jeździć autobusem z Nutley w stanie New Jersey do Nowego Jorku, gdzie pracowałam u fotografa jako modelka. Koleżanki zazdrościły mi, że w kilka godzin pracy zarabiałam o wiele więcej niż one, pracując jako opiekunki do dzieci lub wypełniając obowiązki domowe. Moja praca była fajna i dobrze płatna. Wymagała pewnego optymizmu i napę­du, który nie każdy posiada.

W świecie wolnych strzelców każdy dzień zaczyna się od zera. Nie ma gwarancji przyszłego lub regularnego dochodu. Właśnie takie życie nauczyło mnie, że wiara w siebie i wy­trwała praca zaowocują dobrymi wynikami i dochodami. Niestety, kiedy wyszłam za mąż i ukończyłam studia z zakre­su historii i historii architektury, praca modelki mnie znużyła. Był to świetny sposób na uzupełnienie dochodów rodziny, ale ja chciałam rozpocząć prawdziwą karierę. Tęskniłam za czymś bardziej pobudzającym intelektualnie.

Wyposażona w nauki i zachętę ojca, że jeśli się przyłożę, mogę osiągnąć wszystko to, co zechcę – rozważałam moje perspektywy zawodowe. Nie miałam kapitału, żeby rozkręcić własny biznes. Miałam natomiast silne postanowienie, że bę­dę pracować i uczyć się. Udałam się więc na Wall Street i rozpoczęłam pracę w małej firmie maklerskiej, kupując i sprzedając akcje. Widziałam z bliska, jak firmy rosły i jak się rozpadały. Widziałam, jak niektóre firmy popełniały rażące błędy, a inne, takie jak MacDonald czy Electronic Data Sys­tems, rozwijały się i potężniały. To była niezwykle pasjonują­ca szkoła biznesu, mimo to nie wzbudziła we mnie żadnych zainteresowań zawodem maklera.

Kiedy przeprowadziłam się z mężem i dzieckiem do Con­necticut, postanowiłam opuścić Wall Street i spróbować cze­goś innego. Bardzo lubiłam urządzanie domów i terenów zie­lonych, pomyślałam więc, że handel nieruchomościami może być dla mnie odpowiednim zajęciem. Zaczęłam się uczyć i wkrótce po otrzymaniu licencji agenta nieruchomości uświadomiłam sobie, że sprzedawanie domów wymaga wielu godzin jeżdżenia z klientami. Zdecydowanie nie miałam na to ochoty. Porzuciłam tę pracę, zanim jeszcze zorganizowałam pierwszy ?otwarty dom” lub kupiłam jakąkolwiek nierucho­mość.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ często się zdarza, że próbujemy wielu różnych rzeczy, zanim odkryjemy to, co nas rzeczywiście interesuje. Eksperymentowanie jest jedynym sposobem, żeby się tego dowiedzieć. Próbując różnych zajęć, uczymy się rzeczy, które mogą przydać się później. Na przy­kład kiedy porzuciłam pracę modelki, nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek w przyszłości będę spędzać tak wiele czasu przed kamerami, a jednak zaczęłam to robić i robię regular­nie. Będąc maklerem giełdowym, widziałam, jakie kłopoty miały firmy zaciągające zbyt wielkie kredyty i rozwijające się zbyt szybko. Postanowiłam wtedy, że nigdy nie będę rozbu­dowywać przedsiębiorstwa drogą zadłużania się. Ale widzia­łam także firmy, w których dynamiczna dyrekcja inspirowała pracowników do osiągania imponujących wyników. Starałam się więc motywować ludzi i zapewniać im odpowiednie kie­rownictwo.

Przelotne spotkanie z handlem nieruchomościami udzieli­ło mi ważnej lekcji: mimo że nie lubiłam obwożenia klientów i oglądania z nimi domów, bardzo odpowiadało mi traktowa­nie rynku nieruchomości jako terenu własnych inwestycji.

Odkryłam wówczas, że prawdziwe oblicze każdego zajęcia może różnić się bardzo od tego, jak je sobie wyobrażamy. Fa­sada niektórych prac może robić wrażenie zabawnej, ekscytu­jącej, a nawet olśniewającej. Za kulisami rzeczywistość bywa niekiedy zupełnie inna.

Tak właśnie wygląda biznes restauracyjny. Prowadzenie restauracji tylko częściowo polega na gotowaniu smakowi­tych dań i witaniu z szerokim uśmiechem stałych, zaprzyjaź­nionych klientów. Trzeba znać się na kupowaniu żywności w stosownych ilościach i odpowiedniej jakości. Należy rozu­mieć potrzeby kulinarne i upodobania środowiska, w którym restauracja się znajduje. Trzeba zatrudniać pracowników kuchni oraz kelnerów i umieć nimi kierować. Należy też być przygotowanym do zastąpienia w każdej chwili stolarza, hy­draulika, barmana, pomywacza lub ślusarza, jeśli jest to ko­nieczne do zapewnienia funkcjonowania restauracji. Warto także pogodzić się z niedogodnymi godzinami pracy i nie­możnością spędzenia świąt z rodziną. Biorąc pod uwagę te wszystkie trudności, istnienie tak wielu znakomitych restau­racji wydaje się niemal cudem.

Nie obawiaj się próbowania nowych rzeczy. Obiecuję, że bez względu na własne doświadczenie nauczysz się czegoś, co pomoże Ci wybrać zajęcie, które kochasz, i pracę, która będzie Cię cieszyć.

Sposób obciążania rachunku

Sposób obciążania rachunku

To bardzo ważny podział, bo dotyczy szeroko rozumianej funk­cjonalności Twojej karty.

Możesz mieć do czynienia z kartami:

—  przedpłaconymi (ang. pay-before),

—  debetowymi (pay-now),

—  obciążeniowymi lub kredytowymi (pay-later).

Karta przedpłacona działa na podobnej zasadzie jak karty telefoniczne. Ładujesz ją określoną kwotą, np. przelewaną z ra­chunku bankowego, po czym w miarę wydatków następuje rozładowywanie. Takich operacji za — i rozładowania może być oczywiście nieskończenie wiele, 3 kartę możesz doładowywać w dowolnym momencie.

Prawda, że brzmi to nieźle? Problem w tym, że takie karty to jeszcze trochę melodia przyszłości. Wprawdzie w bankach zaczęły się już testy takich produktów, ale do masowego wpro­wadzania ich na rynek jeszcze daleka droga.

Karta debetowa jest obecnie dodawana automatycznie do konta osobistego otwieranego w niemal każdym polskim ban­ku. Taką kartą możesz dokonywać transakcji o wartości równej środkom dostępnym na rachunku bankowym. W niektórych bankach możesz wykorzystać dokładnie tyle, ile „fizycznie” masz na rachunku. W innych bankach (lub w oddziale, w któ­rym jesteś już znanym klientem) dostaniesz jeszcze prawo do debetu (zwykle 1 —2 tys. zł) lub — jeśli podpiszesz stosowną umowę kredytową — limit dodatkowego zadłużenia. Jeśli ten tzw. kredyt w koncie wyniesie 10 tys. zł, a na Twoim rachun­ku jest już 5 tys. zł, to w najlepszym razie będziesz mógł do­konać transakcji (np. za pomocą karty) na 15 tys. zł.

Karta obciążeniowa (ang. charge) jest już pewnym luksu­sem. Daje bowiem prawo do (wprawdzie dość krótkiego) kre­dytu zaciąganego w banku-wystawcy karty. Jak to działa?

Przez 30 dni używasz karty, poruszając się w ramach przy­znanego Ci wcześniej limitu.

Po tym okresie bank tworzy zestawienie wszystkich Twoich transakcji, dolicza sobie (w większości przypadków) kilkupro­centowy prowizję (to za wykorzystany przez Ciebie kredyt) i daje Ci kilka- kilkanaście dni na spłacenie pełnej kwoty. I tak dzieje się regularnie, zwykle po kilku dniach od zakończenia każdego miesiąca kalendarzowego.

Karta kredytowa to najwyższy stopień „ukartowienia”. Tu już zgodnie z nazwą masz do czynienia z kredytem z krwi i ko­ści, podobnym najbardziej do kredytu odnawialnego przy kon­cie osobistym. Jesteś zobowiązany do spłaty jego niewielkiej części w odstępach miesięcznych. Spłacona kwota powiększa saldo, którym możesz dysponować.

Różnica w porównaniu z innymi kartami polega na tym, że karty kredytowe nie są zwykle powiązane z innymi rachunkami. Możesz więc mieć konto osobiste w jednym banku, a o kartę kredytową starać się w innym — jeśli uznasz, że Ci się to bardziej opłaca.

Różnica w porównaniu z „normalnymi” kredytami polega i na tym, że starając się o kartę nie musisz rozglądać się za ży­rantami czy nerwowo szukać innych zabezpieczeń.

Dla banku jedynym zabezpieczeniem jesteś Ty i Twoje pie­niądze — w zależności od oceny banku dostajesz taki, a nie in­ny limit kredytu. Za ten luksus musisz bankowi zapłacić spore odsetki — zdecydowanie wyższe od tych, które czekają Cię przy kredycie ratalnym czy gotówkowym. Ale możesz też nie płacić żadnych odsetek, jeśli w przewidzianym przez bank ter­minie spłacisz cały kredyt zaciągnięty dzięki zakupom na kartę.

Dla kogo jest ta karta?

Dla kogo jest ta karta?

Karta Pekao/Qualiflyer ma dla Ciebie najwięcej sensu, jeśli często korzystasz z połączeń lotniczych. Karta wpisuje się bo­wiem w cały system zniżek i bonusów oferowany uczestnikom Ouliflyera.

Ale, jeśli nawet latasz bardzo rzadko, powinieneś zastano­wić się nad tą kartą jako alternatywą wobec zwykłych pro­duktów bankowych. Zwróć uwagę choćby na to, że kredyt Qualiflyera jest znacznie tańszy niż w przypadku np. kart Citibanku. Także procedura jej wydawania i związane z tym dokumenty mogą stanowić poważny atut.

Lojalność popłaca

Lojalność popłaca

Karty bankomatowe, debetowe, obciążeniowe — to już całkiem spora różnorodność. Każdy znajdzie tu ofertę, która będzie mu najbardziej pasowała. Zatem wydawałoby się, że świat kart osiągnął docelowy kształt, w którym mógłby pozostać przez całe lata.

Prawda? Nieprawda. Pomysłowość ludzka, szczególnie gdy dotyczy zarabiania pieniędzy, nie zna granic. Banki, wpa­dły na pomysł, by połączyć siły z innymi instytucjami – zarów­no komercyjnymi, jak i np. charytatywnymi. Te chętnie „we­szły” w nową branżę widząc w tym szansę na zwiększenie dochodów, przyciągnięcie nowych klientów i utrzymanie dotychczasowych. Powstała cała nowa klasa produktów kartowych, którymi jesteś codziennie kuszony w setkach innych miejsc niż tradycyjne oddziały banków.

Podkreślam, że nie mówię tu o kartach rabatowych, wyda­wanych przez sklepy czy restauracje, ale o produktach wy­dawanych przez lub we współpracy z bankami — jednym sło­wem wyłącznie o prawdziwym „plastikowym pieniądzu”, tyle, że mniej czy bardziej schowanym pod płaszczykiem innych instytucji.

 

Pierwszą i największą grupę stanowią karty, które są powiąza­ne z programami lojalnościowymi, tzn. związującymi mocniej klienta z obsługującą go instytucją. Innym gatunkiem są karty z angielska zwane co-branded, a firmowane przez banki i dru­gą instytucję komercyjną. Te dwie grupy kart „mieszanych” są bardzo różnorodne, ale można je dość łatwo rozdzielić.

Karty lojalnościowe służą przyciągnięciu i utrzymaniu klien­tów firm handlowych, najczęściej sieciowych (linii lotniczych, stacji benzynowych, operatorów komórkowych, sieci barów szybkiej obsługi). Te karty nagradzają albo za liczbę wizyt, al­bo — znacznie częściej — za wydawane kwoty. Jako klient zbie­rasz punkty, które są zliczane np. przez elektroniczny chip za­instalowany na Twojej karcie lub przez centralny system komputerowy. Po zebraniu określonej liczby punktów (zasady są oczywiście znane z góry) uzyskujesz prawo do rozmaitych nagród: od darmowej coli, przez dodatkowy bak benzyny, po bilety lotnicze. Niektóre firmy przygotowują dla uczestników swoich programów lojalnościowych całe katalogi z „fantami , na które można zamieniać zebrane punkty.

Kiedy wykorzystujesz te bonusy, zawartość Twojego „kon­ta” punktowego odpowiednio spada. Możesz ją odbudować dokonując kolejnych transakcji kartą. Itd.

Korzyści dla zainteresowanych stron są oczywiste. Ty dosta­jesz wygodne narzędzie do dokonywania zakupów i jesteś do­datkowo nagradzany za używanie karty (tych nagród nie zy­skasz dokonując zakupów za gotówkę). Wydawca karty mocniej związuje Cię ze sobą, zaś sklep, w którym robisz pre­miowane zakupy, zwiększa obroty. Nic dziwnego, że kart lo­jalnościowych przybywa na polskim rynku, choć nadal są to skromne początki.

Przykłady kart lojalnościowych: Profit — sieci komórkowej Idea Centertel, Smart – sieci stacji benzynowych Shell, Vitay – stacje PKN Orlen, czy Oualiflyer – LOT, Swissair i pozostałe linie lotnicze tworzące grupę o tej nazwie.

Karty co-branded, oprócz logo banku, zawsze noszą logo drugiej instytucji, która firmuje „plastik”. Jest to bowiem pro­dukt, który ma służyć dwóm instytucjom: bankowi, który żyje z obracania pieniędzmi klienta, i firmie komercyjnej, której wysiłki koncentrują się na zdobyciu i przytrzymaniu klienta. Z połączenia tych dwóch celów wychodzą karty, które, z jed­nej strony, mogą służyć jak tradycyjne karty płatnicze (mają lo­go jednej z organizacji płatniczych i wszystkie związane z tym przywileje), a z drugiej — w sposób szczególny traktują klien­tów wybranej firmy. Dają im prawa do różnego rodzaju zniżek i ofert specjalnych, czy też po prostu do gromadzenia punk­tów, które mogą zamieniać na produkty czy usługi.

Szczególnym rodzajem kart co-branded są produkty zwane z angielska affinity Cards, wydawane przez bank wspólnie z organizacją klubową, do której należy użytkownik. W przy­padku takiej karty zwykle nie ma mowy o dodatkowych bo­nusach. Liczy się przede wszystkim fakt, że pokazując tę kar­tę ujawniasz swoją przynależność do ekskluzywnego grona jej posiadaczy.