Kiedy stoisz w obliczu trudności biznesowych

Kiedy stoisz w obliczu trudności biznesowych

Miałam dużo szczęścia, że w czasie, kiedy prowadziłam catering, znalazłam wielu stałych klientów, a wśród nich do­brze znane gwiazdy. Chciałam się niemal uszczypnąć, kiedy dostałam zamówienia na obiad od mieszkających w Westport Paula Newmana i Joannę Woodword. Tuż przed tym zamó­wieniem byłam z mężem na wycieczce samochodowej w Ma­roku. Była to uczta dla oczu: skaliste góry, niekończące się pustynie i połacie śnieżnobiałych, kwitnących sadów migda­łowych. Maroko to także uczta dla podniebienia. Próbowałam niewiarygodnej potrawy zwanej tagines, która przepełniona była słodkimi i zarazem pikantnymi smakami. Tagines poda­no nam na jasnożółtych pagórkach parującego kuskusu. De­gustowałam również potrawę zwaną b’steeya – pikantne go­łębie, zapieczone w bardzo kruchym cieście. Maja bardzo in­tensywny i egzotyczny smak. Pomyślałam o tym, jak dobrze marokańska kuchnia wypadłaby na moich przyjęciach. Na gwarnym rynku targowałam się więc o przyprawy, dodatki w puszkach i utensylia potrzebne do przygotowania tych dań, na przykład specjalne miedziane wkładki do gotowania kuskusu na parze i ciężkie, dwuczęściowe, gliniane półmiski. Wróciliśmy do domu z pękającymi w szwach walizkami i na­czyniami wysoko spiętrzonymi na kolanach.

Kiedy Newmanowie zadzwonili w sprawie konsultacji, po­mysł przyjęcia miałam już gotowy. Oczarowałam ich koncep­tem bufetu marokańskiego. Opisałam wielkie półmiski i kolo­rowe dania. Poprosili mnie, abym odtworzyła wiele próbowa­nych przeze mnie potraw. Chcieli na swoim przyjęciu ośmiu b’steei, czterech z kurczakiem i czterech z nieopierzonymi gołębiami, przypominającymi te, jakie jadłam w Marakeszu. Kilka godzin przed przyjęciem włożyłam przygotowane b’ste- eye do piekarnika. Podczas pieczenia wyglądały całkiem do­brze i wtedy popełniłam fatalny błąd – zostawiłam wszystko i na chwilę wyszłam z kuchni. Kiedy później wyjęłam b’steeye z piekarnika, odkryłam, że każda z nich miała przypalony wierzch. Od tej pory nie zostawiam niczego, co się piecze, smaży lub gotuje, jeśli nie mam minutnika w kieszeni. Kiedy gotuję krewetki, nie wychodzę z kuchni.

Wypieki, jedno z trzech głównych dań, były bardzo waż­ne dla menu. Przez głowę przeleciały mi okropne wizje. Stawką była moja reputacja cateringowa. Gołębie wymagały dużo czasu w przygotowaniu i zrobienie ich od nowa było niemożliwe. Wzięłam głęboki oddech i oceniłam sytuację. Uznałam, że chociaż ciasto nie było idealne, większa część każdej porcji była w dobrym stanie i nieuszkodzona. Wzię­łam nóż, pocięłam każdą porcję na kawałki, wyrzuciłam przypalone części, zebrałam wszystkie dobre, posypałam je na przemian cukrem pudrem i cynamonem, ułożyłam wszystko na wielkich, mosiężnych tacach i zaniosłam do ja­dalni. Zachowałam się, jak gdyby nic się nie stało, i przyję­cie okazało się ogromnym sukcesem. Nigdy nie pisnęłam słówka na ten temat ani Newmanom, ani nikomu innemu. Ciasto w kawałkach było przepyszne. Problem rozwiązany. Przykro mi, Joannę i Paul, ale wówczas moglibyście tego nie zrozumieć.