Co znaczy nazwisko?

Co znaczy nazwisko?

W najgorszym okresie, tuż przed wyrokiem, snułam roz­ważania, które dzisiaj wydają się kompletnie bezsensowne. ?Może powinnam zmienić nazwisko? Albo ochronić moją fir­mę i pracowników przez odcięcie się od marki? Jeśli stanę się znowu Marthą Kostyrą, być może wtedy ludzie będą mogli oddzielić sprawy osobiste od wartości mojej firmy”. Wówczas wydawało mi się to naprawdę dobrym rozwiązaniem.

Wspomniałam już, jak wsparcie otrzymane od moich klien­tów, fanów oraz tysiące listów i e-maili od nich podtrzymywały mnie na duchu. Ale orzeczenie, kiedy zostało w końcu głośno odczytane 3 marca 2004 roku, było smutne i zniechęcające, podobnie jak wyrok sądu wręczony kilka miesięcy później.

Tak samo jak w wypadku błędu z b’steeyami, nadszedł czas, abym oceniła całokształt sytuacji, pocięła ciasto na ka­wałki, wybrała te dobre i ruszyła do przodu. Moi prawnicy byli nieugięci, chcieli się odwoływać i oczywiście ja się z tym całkowicie zgadzałam. Jednak nie można było przewidzieć, jak długo będzie trwała apelacja. Równie dobrze mogła się ciągnąć i ciągnąć, a na zakończenie i tak mogłabym pójść do więzienia. Wiedziałam, że jeśli chcę ocalić firmę od nienaprawialnych szkód, muszę wykonać jakiś ruch.

Uświadomiłam sobie, że najlepszym rozwiązaniem będzie poddanie się karze więzienia i aresztu domowego, bez wzglę­du na to, że prawnicy będą kontynuować procedurę apelacyj­ną. Stworzyłam wielką firmę, która została poobijana – po­mimo to mocno wierzyłam, że jest w stanie przetrzymać tę burzę. Solidna, dobra podstawa firmy nie została naruszona – ogromne zbiory cennych informacji, silny wizerunek marki, uzdolnione i kreatywne kadry. Mieliśmy miliony zwolenni­ków, którzy ciągle jeszcze kupowali nasze wyroby, czytali czasopisma i ciągle chcieli, abyśmy zapoznali ich z tysiącem użytecznych i pięknych przedmiotów.

Uświadomienie sobie tych faktów dało mi siłę i odwagę do przygotowań, które miały na celu pomóc w pozostawieniu toksycznej i porażającej niepewności poza nami.

Przygotowanie się do pobytu w więzieniu wymagało dużo pracy. Każdy kawałek ciasta musiał być w porządku. Wiele spraw osobistych wymagało uwagi. Kiedy szłam do więzienia, wszystko było przygotowane, a ja byłam pewna, że sprawy mogą się toczyć beze mnie.

Muszę przyznać, że chociaż pobyt w Alderson nie miał nic z zabawy i smaku marokańskiego bufetu, to okazał się znacznie lepszy, niż przewidywałam. Nie jest tajemnicą, że jestem przy­zwyczajona do kontrolowania swojego życia i firmy. W czasie mojego pobytu w więzieniu uzmysłowiłam sobie, jak wiele ko­biet nie kontroluje swojego życia i tego, co im się przytrafia. Znoszą niezwykle ciężkie sytuacje, lecz pomimo to pozostają silne zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Robiłam wszystko, aby spróbować zrozumieć moje towarzyszki więzienne, a one odwzajemniły to nastawienie. Były niezwykle ciekawe mojego biznesu i tego, w jaki sposób osiągnęłam tak dużo. Jedna grupa, były to muzułmanki, poprosiła o udzielenie mi pozwolenia na wykład związany z tematyką biznesową. Zezwolenie dostałam i prelekcja doszła do skutku. Dało mi to dużo satysfakcji – dzielenie się myślami, pomysłami – poczynając od tego, jak pracować nad ?świetnym pomysłem”, a kończąc na detalach reklamy internetowej. Moje słuchaczki były bardzo wdzięczne, życzliwe i podekscytowane, że wreszcie otrzymały odpowiedzi na swoje pytania. W rzeczywistości ta książka zaczęła się wła­śnie tam, w Alderson, od przygotowań do forum biznesowego.

Kiedy wyszłam z więzienia, udrapowana w piękne, szydełko­we poncho od mojej przyjaciółki i współwięźniarki, Xiomary Hernandez, wiedziałam, że znowu nadszedł czas docenienia wartości mojego życia. Podczas pobytu w więzieniu miałam wiele szczęścia, że odwiedzała mnie rodzina i przyjaciele. Wierzcie mi, wielu kobiet w więzieniu przez wiele lat nikt nie odwiedził. Brakowało mi tam wielu rzeczy – moich zwierząt, świeżego jedzenia, podróży i codziennych problemów wynika­jących w trakcie prowadzenia nieskończenie interesującego biz­nesu. Ale było też niemal tyle samo cudownych rzeczy, których doświadczyłam w ciągu tych pięciu miesięcy w więzieniu – nowe przyjaźnie, pomysły i wielka satysfakcja z fascynujących ksią­żek, które nareszcie miałam czas przeczytać. Nauczyłam się także doceniać skomplikowane sytuacje poszczególnych osób i nawet dostałam nowe i zabawne przezwisko M. Diddy. Pomi­mo ponurych realiów w Alderson przeważał dobry humor.