Catering utorował mi drogę

Catering utorował mi drogę

Zanim jeszcze odkryłam moje zamiłowanie do biznesu, wie­działam jedno – lubię gotować i zajmować się domem. Uwiel­białam eksperymentować w kuchni. Zaczęłam więc piec ciasta i sprzedawać je na miejscowym targu. W siedzibie ekskluzyw­nego sklepu z odzieżą, specjalizującego się w modelach Ralpha Laurena, otworzyłam małe stoisko z żywnością dla smakoszy nazwane Marketbasket. Sprzedawałam tam zarówno moje wła­sne wyroby, jak i te zamówione wśród sąsiadek, które, gotując i wypiekając dla przyjemności, nie miały najmniejszej ochoty na prowadzenie własnego biznesu. Klienci napływali tłumnie po rożki, knysze, torty urodzinowe i niedzielne obiady.

Wówczas odważyłam się na więcej: w małej kuchni moje­go domu w Turkey Hill otworzyłam firmę cateringową – The Uncatered Affair. Moja ówczesna kuchnia w niczym nie przypominała tych, jakie mam obecnie w moich domach – przestronnych, przewiewnych pomieszczeń wyposażonych w najnowsze, profesjonalnej jakości urządzenia, włącznie z ekspresami San Marco. Kuchnia w Turkey Hill mieściła się w piwnicy, była połączona z pralnią i w dodatku nie miała ogrzewania. Grube kamienne mury z XIX wieku czyniły z niej zimne pomieszczenie, a jedynym źródłem ciepła była niewielka kuchenka z dwoma piekarnikami. Zimno ułatwiało chłodzenie produktów (co było zaletą, jako że miałam tylko jedną lodówkę), a dodatkowym plusem była duża liczba tzw. rzeźnickich bloków – solidnych, drewnianych blatów bardzo przydatnych w pracy.

Muszę przyznać, że mój debiut w cateringu był dość impo­nujący. Pierwszym zamówieniem było przygotowanie przyjęcia weselnego dla ponad 300 gości. Wyceniłam koszt posiłku dla jednej osoby na 12 dolarów. Podałam gościom wyszukany ze­staw potraw, składający się z przystawek, jajek w galarecie, na­dziewanych piersi kurzych, pasztetów, piramid z białych brzo­skwiń, dwóch tortów weselnych i lodów. Później tak opisałam to wesele w mojej pierwszej książce Entertaining:

Menu zdradzało nowicjusza. Było ekstrawaganckie, praco­chłonne i nieopłacalne: przystawki, pasztety domowego wyro­bu, zupa ogórkowa na zimno, mus łososiowy, okoń na zimno, kurze piersi w sosie chaud-froid oraz chleby domowego wypie­ku. Skwarnego, sierpniowego popołudnia stałam przy bufecie na nieosłoniętej plaży w Long Isłand Sound i patrzyłam, jak galareta na jajkach topnieje w oczach, a prawa strona prze­platanego tortu zjeżdża na dół. Wyrzuciłam jajka, a ciasto we­pchnęłam z powrotem. Pomimo to przyjęcie było bardzo udane i pochłonęło mnie bez reszty. Ta pierwsza impreza nauczyła mnie wielu rzeczy, np. że namiot w atrium blokuje przewiew, że wentylatory można wypożyczyć i że nikt nie będzie wiedział o  poniesionych klęskach, jeśli się o nich nie powie. Uogólnia­jąc, nauczyłam się tego, że dobry nastrój i optymizm mogą przesądzić o sukcesie.

Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że znalazłam branżę, która łączy kilka moich talentów z doświadczeniem zdobytym już w interesach.

Uświadomiłam sobie wówczas, że znane firmy cateringowe zapewniają dobrą obsługę i smaczne, sycące jedzenie. Ja chcia­łam osiągnąć coś więcej – nie zadowalało mnie bycie dobrą – chciałam być najlepsza. Przygotowywałam obsługę przyjęć z rozmachem, oryginalnie, wykwintnie i stylowo. Pracowałam niewiarygodnie ciężko, aby wyróżnić się spośród wielu innych, podobnego typu biznesów. Moje przyjęcia musiały wyglądać inaczej, smakować inaczej i musiały dostarczać całkiem innych wrażeń niż te, które przygotowywali pozostali. Wszystko, praca i wysiłek, było temu podporządkowane. Zanim przedstawiłam propozycje klientom, ślęczałam po nocach, czytając książki ku­charskie i studiując różne wątki tematyczne przydatne przy or­ganizowaniu okolicznościowych przyjęć. Nie traktowałam mo­ich projektów jak łatwizny lub też z lekceważeniem. Nie żało­wałam czasu ani wysiłku na przestudiowanie każdego aspektu tego, co miałam robić. Moja dobra renoma zataczała coraz szersze kręgi i klienci coraz częściej rekomendowali mnie in­nym. Wkrótce zauważyły to miejscowe gazety i mój ledwie roz­poczęty interes został zaprezentowany na pierwszych stronach ?Westport News” i ?Fairpress” w Connecticut.

Co ważniejsze, klienci wkrótce uświadomili sobie, że mogą polegać na mojej wiedzy. Swoje propozycje mogłam bowiem łatwo uzasadnić i wyjaśnić. Jeśli nie znałam odpowiedzi na za­dawane pytanie – szukałam jej aż do skutku. Uczyłam się wszystkiego, co mogło mi pomóc w prowadzeniu firmy. Słu­chałam uważnie moich klientów i myślałam intensywnie o lep­szych i efektywniejszych sposobach wykonywania swojej pracy.

Catering był tym właśnie zajęciem, które utorowało mi dro­gę do odkrycia mojej autentycznej pasji – nauczyciela i propa­gatora pomysłu ?dobrych rzeczy”. Określenie – ?dobre rzeczy” dotyczy prostych, praktycznych rozwiązań lub ?sztuczek”, któ­re ułatwiają codzienne zajęcia. Po raz pierwszy użyłam tego wyrażenia publicznie nieco później w moim programie telewi­zyjnym. Filmowano mnie w ogrodzie, trzymałam w ręce łopat­kę z uchwytem pomalowanym na jaskrawopomarańczowy ko­lor, który miał zapobiec zawieruszeniu się jej wśród zieleni. Prezentując ją, powiedziałam wówczas: ?To jest dobra rzecz”.