księgowość

Pamiętaj swój PIN!

Pamiętaj swój PIN!

Przyzwyczaiłeś się na pewno, że robiąc zakupy kartą debeto­wą posługujesz się tylko własnoręcznym podpisem. Kasjerka sprawdza go ze wzorem umieszczonym na rewersie karty i jeśli nie ma co do niego wątpliwości, zatwierdza transakcję.

Jednak ten sposób akceptacji kart jest już uważany za ar­chaiczny. W Polsce śladem rozwiązań zachodnich na jesieni ubiegłego roku zaczęto wprowadzać system autoryzowania transakcji bezgotówkowych przy użyciu kodu PIN — tego sa­mego, który wykorzystujesz do wypłat z bankomatów.

Proces przejścia od podpisu do PIN-u jest długotrwały i wymaga wymiany terminali POS w punktach handlowych. Ale już teraz powinieneś być przygotowany, że zwłaszcza w dużych supermarketach czy centrach handlowych będziesz musiał wstukać PIN.

W przypadku kart Maestro jest to już obowiązkowe – bo tak życzy sobie organizacja Europay. Z kartami VISA Electron może być różnie, gdyż ewentualny obowiązek wprowadzania PIN-u zależy od banku-wydawcy karty.

Dodatkowe zabezpieczenia

Dodatkowe zabezpieczenia

Nieliczna grupa banków wprowadziła dodatkowe zabezpie­czenia na wypadek utraty karty i jej użycia przez złodzieja. Za­wsze jednak są to usługi dodatkowe, za które płacisz bankowi co miesiąc.

Citibank wprowadził formułę, w której przejmuje odpowie­dzialność za wszystkie transakcje poczynione skradzioną Ci kar­tą na 48 godzin przed otrzymaniem od Ciebie zastrzeżenia. Twój udział własny określono tu na 1 tys. zł. Zatem do tej kwoty odpowiadasz Ty, a „nadwyżkę” pokrywa bank. Nie­ważne więc, czy złodziej zrobił sobie dzięki Twojemu „plasti­kowi” zakupy na 1,5 tys. zł czy 10 tys. zł. Ty zawsze odpo­wiadasz za pierwszy 1 tys. zł. Za luksus tego ubezpieczenia płacisz Citibankowi 6,5 zł miesięcznie.

Pekao SA ma usługę węższą, ale także atrakcyjną. Bank przejmuje odpowiedzialność za transakcje kartą od chwili zgłoszenia jej utraty, a także – do wysokości dostępnego limi­tu — za transakcje wykonane na godzinę przed zgłoszeniem. Tu stawka miesięczna wynosi 2,40 zł za każdą kartę.

Tajemnice przeliczeń

Tajemnice przeliczeń

Transakcje zagraniczne wiążą się zawsze (przynajmniej do cza­su, gdy Polska wejdzie do strefy euro i rozstaniemy się ze zło­tówkami) z przeliczeniami walutowymi. To, po jakim kursie Twoje wydatki zostaną wymienione na złote, jest tak napraw­dę wielką niewiadomą. Wszystko staje się jasne dopiero z chwilą otrzymania comiesięcznego wyciągu z banku, zawiera­jącego zestawienie Twoich zagranicznych zakupów.

Przyzwyczaj się jednak do myśli, że kurs wymiany może być dla Ciebie znacznie mniej atrakcyjny od tego, który znasz np. z kantoru wymiany walut. Po drugie, „po drodze” banki doli­czą sobie 1—2%. prowizji za wymianę walut.

Przy transakcjach zagranicznych uwidacznia się jedna z róż­nic między systemami Europay i VISA. W systemie Europay transakcje zagraniczne są bezpośrednio przeliczane na złote, a w systemie VISA najpierw są zamieniane na dolary amery­kańskie, a dopiero później na złotówki.

Jak to wygląda w praktyce? VISA przelicza Ci np. marki niemieckie na dolary, a następnie bank przelicza dolary na zło­tówki (przy każdej transakcji pobierana jest prowizja). W przypadku kart Ec/MC Europay w Europie waluty Unii Monetarnej przelicza się na euro (bez prowizji, bo tu kursy są stałe i niezmienne), a Twój bank przelicza z euro na złotówki.

Te podwójne przeliczenia nie muszą jednak oznaczać, że VISA jest „droższa” w obsłudze. Tak naprawdę, najwięcej za­leży od tego, jak Twój bank przelicza waluty, a na to nie masz żadnego wpływu.

Rada: zawsze warto mieć przy sobie trochę gotówki — al­bo lokalnej waluty, kupionej w polskim kantorze wymiany wa­lut, albo — jeśli to pierwsze nie jest możliwe — dolarów amery­kańskich czy marek niemieckich (te ostatnie znikną w 2002 r., ustępując miejsca euro). Kwota nie powinna być zbyt duża, ale wystarczająca na drobne zakupy.

Buduj Swoją renomę eksperta

Buduj Swoją renomę eksperta

Jak wspominałam wcześniej, miałam szczęście znać osobi­ście wiele bardzo kreatywnych osób, które wystartowały z własną firmą. Wielu z tych przedsiębiorców wzniosło się do rangi ekspertów dzięki pisaniu książek lub felietonów do cza­sopism. Jeśli możesz znaleźć sposób na połączenie takiej działalności z prowadzeniem własnej firmy, gorąco polecam. Po napisaniu Entertaining co roku, przez 11 lat, publikowa­łam jedną książkę. Każda z nich przyczyniała się do wzmoc­nienia mojej pozycji jako eksperta w różnych dziedzinach związanych z obszarem moich pasji. Każda przyniosła mi no­wą falę rozgłosu, co z kolei pozwalało na przedstawianie co­raz nowszych zamierzeń MSLO i powiększanie naszego wkładu w życie gospodyń domowych. Sara Foster napisała kilka książek kucharskich, tak samo zrobili bracia Lobel. Dan Hinkley napisał dwie świetne książki i Joelle Hoverson przy­gotowała przepięknie ilustrowaną publikację o upominkach robionych na drutach. To jest kolejny przykład współdziałania w akcji. Kiedy jesteś ekspertem, media same przychodzą do Ciebie, a ich zainteresowanie służy wzmocnieniu Twojego podstawowego biznesu.

CZY STAĆ CIĘ NA REALIZACJĘ TWOJEGO POMYSŁU?

CZY STAĆ CIĘ NA REALIZACJĘ TWOJEGO POMYSŁU?

Wiele udanych przedsięwzięć wystartowało powoli i z nie­wielką ilością kapitału. W Dolinie Krzemowej od dawna ist­nieje tradycja ?garażowych wynalazców”, takich jak nieżyjący już Bill Hewlett i David Packard. Zaczynali, spawając tanie elementy i majsterkując w swoich garażach. W końcu stwo­rzyli firmę Hewlett-Packard, obecnie legendę świata kompu­terów. Podobnie było z wieloma programami komputerowymi – zostały stworzone przez ludzi z wizją, pracujących samot­nie w domach przy swoich komputerach. Jeśli znasz zdeter­minowaną kobietę, bez przerwy coś gotującą, nie lekceważ tego, co ona może wymyślić!

Są także przedsięwzięcia, które wymagają znaczącego na­kładu finansowego przed pojawieniem się pierwszych klien­tów. Otwarcie sklepu detalicznego wymaga wynajęcia lokalu, płatności za świadczenia, ochrony, ubezpieczeń i oczywiście towarów i sprzedawców. Niektóre zakłady usługowe, na przykład pralnia chemiczna, potrzebują kosztownego wypo­sażenia. Musisz patrzeć realistycznie na swoje możliwości i ostrożnie je przestudiować.

Znowu wspomnę o moim pierwszym przedsięwzięciu. Po­między otwarciem firmy cateringowej a otwarciem restauracji jest ogromna różnica. Miałam zyski na początkowych zamówie­niach cateringowych, pomimo że zarabiałam tylko 12-15 dola­rów od osoby, ponieważ prowadziłam działalność z mojej wła­snej kuchni. Na każde zamówienie wynajmowałam stoły, krze­sła, obrusy oraz zastawę i wliczałam ten koszt do ceny usługi. Wiedziałam dokładnie, ile osób będę obsługiwać, i robiłam od­powiednie zakupy żywności i napojów. Wymagałam od moich pracowników kuchni, aby byli bardzo ostrożni w przygotowy­waniu składników. Dawałam im nawet instrukcje, jak dużo od­ciąć z końców fasolki szparagowej i jak kroić pomidory, aby zmniejszyć ilość odpadów. Oczywiście, kiedy interes zaczął się rozwijać, musiałam zainwestować w wyposażenie i przyjąć wię­cej pracowników, ale nie zaciągnęłam długu. Byłam w stanie rozwijać mój biznes przez inwestowanie zysków.

Kalkuluj realistycznie i oszczędnie, bądź praktyczny i no­watorski!

Dla następnego pokolenia

Dla następnego pokolenia

Oddzielną kategorię stanowią tzw. karty młodzieżowe. Funk­cjonują one jednak na innych zasadach niż opisane powyżej „prawdziwe” karty dodatkowe. Są to bowiem produkty dla nastolatków, którzy korzystają z pieniędzy przekazywanych im przez rodziców na specjalne oddzielne konta osobiste (mło­dzieżowe) lub na rachunki prowadzone w ramach kont rodzi­ców (lub innych osób pełnoletnich). Jest to ucywilizowana forma kieszonkowego. Korzystają na niej oczywiście banki, ale także rodzice, którzy z jednej strony nie muszą wyposażać swoich milusińskich w gotówkę (co bezpieczne nie jest), a z drugiej – utrzymują pełną kontrolę nad ich wydatkami (bo banki ślą co miesiąc pełne wykazy transakcji).

Z czego można wybierać? Każdy liczący się bank ma w ofercie jakiś „plastik” młodzieżowy.

Ponieważ liczy się powiązanie z kontem osobistym, są to karty o charakterze debetowym i to te bezpieczne (karta funk­cjonuje tylko w środowisku elektronicznym, zatem każda trans­akcja jest autoryzowana). W grę wchodzą zatem takie karty, jak Maestro, VISA Electron lub PolCard Bis. Są one dla nie­poznaki poukrywane pod innymi nazwami, bardziej odpowied­nimi dla młodego użytkownika. Na rynku są więc Juniory, Ido­le, Bajery, Youngi etc.

Prześledźmy zatem ofertę banków.

Pekao SA oferuje dwa rodzaje kart Maestro, wydawanych właścicielom rachunków Eurokonto Junior: Junior i OK.

  • Juniora mogą używać osoby w wieku od 13 do 18 lat, a karcie głównej może towarzyszyć aż 9 kart dodatkowych. Karta kosztuje 4 zł rocznie, dzienny limit wypłat gotówki w bankomacie ustalono na 200 zł.
  • Karta OK przysługuje klientom od 15. do 18. roku życia. W tym przypadku nie możesz uzyskać żadnych kart dodatko­wych, natomiast opłaty ustalono na takim samym poziomie jak w przypadku Juniora.

WBK także ma w zanadrzu 2 karty młodzieżowe. Jedna Euro 26 działa w systemie Maestro, a jej dodatkowym atu­tem jest możliwość wykorzystywania zniżek i rabatów w ozna­czonych sklepach, hotelach, muzeach i innych miejscach ozna­czonych logo Euro 26 w całej Europie. Zatem w taką kartę powinieneś wyposażyć nastolatka, którego wysyłasz w podróż zagraniczną. Kartę przeznaczono dla przedziału wiekowego 14-26 lat. Kosztuje całkiem sporo, bo 38 zł rocznie.

Druga karta to WBK Young (VISA Electron), przeznaczo­na dla osób w wieku od 13 do 20 lat. Co interesujące – jest wydawana bezpłatnie.

Górnośląski Bank Gospodarczy oferuje kartę PolCard Bis, którą przeznacza dla posiadaczy rachunku młodzieżowego Idol (13-26 lat).

BPH wydaje karty młodzieżowe Sezam (VISA Electron) posiadaczom rachunków Sezam Junior w wieku od 13 do 18 lat. Także ta karta jest bezpłatna.

Pozostałe karty w systemie VISA Electron wydają BIG BG (karta Bajer za 6 zł rocznie), Kredyt Bank (7 zł rocznie, 13-18 lat) i PKO BP SA – karta PKO Graffiti dla posiada­czy rachunku młodzieżowego. W tym ostatnim przypadku masz możliwość sięgnięcia po 9 kart dodatkowych.

 

Więcej niż marketing – gra reklamowa

Więcej niż marketing - gra reklamowa

Zawsze uważałam, że reklama powinna wiązać się z roz­głosem, który ludzie uważają czasem za bezpłatną reklamę. W rzeczywistości nie jest ona bezpłatna, bo aby zdobyć roz­głos, trzeba Twojego czasu, energii i inteligentnego planowa­nia. Rozgłos różni się od reklamy, ponieważ wiąże się z zain­teresowaniem mediów Twoją firmą. Bardzo często najlep­szym sposobem osiągnięcia go jest pewna zuchwałość.

Lokalne gazety, stacje telewizyjne i radiowe zawsze pracu­ją nad programami wymagającymi informacji lokalnych eks­pertów. Jeśli to, co robisz, jest szanowane i pozytywnie oce­niane przez klientów, całkiem możliwe, że reporterzy i pro­ducenci będą potrzebowali Twojej ekspertyzy. Możesz nie mieć możliwości promowania swojego produktu lub ?świet­nego pomysłu”, ale będziesz budował więź, łączność z od­biorcami, która z czasem zaprocentuje.

Wróćmy do przykładu sklepu ze sprzętem wędkarskim. Byłoby bardzo dobrze, gdyby właściciel firmy miał dość wiary w siebie, aby rozesłać list do lokalnych mediów, że oferuje usługi jako ekspert z zakresu wędkarstwa. ?Kiedy będziecie pracować nad tematem związanym z wędkarstwem – mógłby napisać w swoim liście – z przyjemnością podzielę się z wami najbardziej aktualną wiedzą na ten temat”.

Kiedy nawiąże taki kontakt z mediami, powinienem mieć oczy otwarte na wszystko, co nowe, co może zainteresować lokalnych wędkarzy i co można zasugerować reporterom ja­ko temat programu. Być może na rynku pojawiła się nowa przynęta, która cieszy się wielkim powodzeniem w okolicy, lub jakiś środowiskowy problem zagraża lokalnej faunie. Je­śli umie pisać lub dzielić się wiedzą na ten temat, może za­pewnić dobrą reklamę dla własnego sklepu. Powinien też mieć ochotę nawiązać kontakt z publicznością. Na przykład jego sklep może być gospodarzem Learn-to Fish Day, ucząc dzieci, jak zarzucać wędkę, lub oferując warsztaty wędkar­skie w okolicznych szkołach. Może zbierać pieniądze dla miejscowej proekologicznej organizacji charytatywnej, urzą­dzając zawody wędkarskie. Wszelkimi sposobami powinien poinformować o tych wydarzeniach miejscowe media. Zdję­cia z imprez dla dzieci są dla gazet chlebem powszednim. Każda wzmianka o Twojej firmie albo cytat z Twojej wypo­wiedzi uczynią Cię bardziej rozpoznawalnym i podniosą ran­gę Twojej firmy w okolicy.

Taka sama zasada sprawdza się w usługach. Być może je­steś nauczycielem, który rozwinął szanowaną, prywatną fir­mę zajmującą się udzielaniem korepetycji. Jeśli chcesz roz­szerzyć działalność i rozbudować firmę, skontaktuj się z wszystkimi lokalnymi reporterami zajmującymi się eduka­cją oraz ze stacjami telewizyjnymi i radiowymi. Nie żałuj in­formacji na temat kształcenia, testowania lub przygotowań do college’ów. Zasugeruj tematykę artykułów, które zwrócą uwagę rodziców, będących również Twoimi potencjalnymi klientami. Opisz, dlaczego Twoje metody nauczania są lep­sze niż inne, a nawet zaproś tych reporterów do swoich klas.

To jest ten rodzaj informacji, który powinien być przekaza­ny przez media. Jeśli będziesz traktował dziennikarzy i re­porterów także jako Twoich klientów i myślał w podobny sposób jak oni, uda Ci się nawiązać z nimi kontakt. W koń­cu, kiedy Twój biznes rozkwitnie, będziesz mógł przyjąć spe­cjalistę od public relations, by udoskonalił wizerunek firmy. Ale na samym początku, jeśli masz odwagę podążania do przodu, sam buduj jej obraz.

Kiedy rozpoczynałam biznes cateringowy, powiadomi­łam o tym wszystkich moich przyjaciół, którzy pracowali w lokalnej gazecie. Inicjowałam pisanie o mojej firmie po­przez urządzanie przyjęć, darowizny żywności na charyta­tywne aukcje, a nawet lekcje gotowania dla szkolnych przy­jaciół mojej córki. Te lekcje były trochę inne – dzieci uczy­ły się nie tylko podstaw, ale także bardziej złożonych tech­nik i klasycznych przepisów. Każde dziecko, zanim ukoń­czyło 10 lat, umiało przyrządzić idealny omlet, upiec smaczny, cieniutki naleśnik i zrobić świetny suflet. Artyku­ły, które zainspirowałam, były fantastyczne, z pięknymi zdjęciami i mnóstwem przepisów. Taki rodzaj public rela­tions kontynuuję do dzisiaj z firmą zarejestrowaną na gieł­dzie w Nowym Jorku.

By odnieść sukces, buduj Swoją firmę na tym, co naprawdę lubisz

By odnieść sukces, buduj Swoją firmę na tym, co naprawdę lubisz

Wspaniale jest kochać własną pracę. Robienie tego, co się lubi, dodaje energii. Entuzjazm wręcz upaja, a zmysły wydają się wyostrzone. Codziennie budzimy się z nowymi pomysłami i rozwiązaniami problemów, które pojawiły się poprzedniego dnia. Towarzyszy nam wiara, że cele można osiągnąć i że kreatywność, wynalazczość, wytrwała praca i zaangażowanie zaowocują zgraniem wszystkich elementów w całość. Ta pa­sja pracy przypomina upojny romans – coś, co każdy z nas chciałby przeżyć, ale co zdarza się najwyżej raz lub dwa razy w życiu, i to tylko wtedy, gdy dopisze szczęście.

Poznanie własnych zainteresowań, pielęgnowanie ich, wy­nikająca z nich radość, nawet jeśli sprawy nie układają się najlepiej, stanowi znak firmowy przedsięwzięcia, które się buduje, prowadzi i rozwija. To ogromny nakład energii, który umożliwia innym korzyści, naukę, a niekiedy nawet zarobki.

Zawsze sprawia mi ogromną trudność rozgraniczenie ży­cia i biznesu. Te dwa światy są dla mnie nierozłącznie sple­cione. Głównie dlatego, że z jednakową pasją traktuję oby­dwa. Upraszczając – moje życie to moja praca i moja praca to moje życie. W rezultacie uważam, że mam szczęście – lu­bię poranne wstawanie i wyruszanie do pracy. Uwielbiam również pracę nad nowymi pomysłami.

Zaangażowanie w życie i pracę nie jest niczym osobliwym. Znam przedsiębiorców, którzy czują to samo i ich zaangażo­wanie w pracę i życie jest wręcz zaraźliwe. Bez względu na to, czy pracują w firmie cudzej, czy własnej, czy też zakłada­ją rodzinę lub przygotowują akcję na rzecz organizacji chary­tatywnej – zawsze wsłuchują się we wszystko wokół, co służy rozwijaniu pomysłów i realizacji marzeń. Ci ludzie zawsze znajdą sposób na wykonanie zadania lepiej, szybciej i z więk­szą energią niż inni.

Pasja jest pierwszym, najbardziej podstawowym czynni­kiem planowania i inicjowania biznesu, a także realizowania jakiegokolwiek godnego uwagi projektu. Bez pasji praca jest tylko pracą, robotą. Bez pasji jakość – najważniejsza część każdego biznesu – spełnia tylko minimalne wymagania. Bez pasji najważniejsi ludzie w Twoim przedsięwzięciu – Twoi klienci – przestają się liczyć.

Pasja dzielenia się wiedzą i upraszczania codziennych pro­blemów związanych z prowadzeniem domu pomogła mi prze­kształcić moją ?domowego chowu” cateringową firmę w przed­siębiorstwo o milionowych dochodach, zatrudniające setki osób i dostarczające paniom domu w Ameryce tysiące pożądanych i pożytecznych artykułów gospodarstwa domowego.

Kiedy praca wynika z pasji, nie czuje się jej ciężaru – daje poczucie zadowolenia i kontroli, związane znacznie bardziej z tworzeniem, budowaniem, inicjowaniem, kierowaniem i usługami niż prostym przechodzeniem od jednego zadania do drugiego. Często posługuję się następującym przykładem: dla mnie sadzenie roślin i opiekowanie się ogrodem nie jest nigdy pracą w ogrodzie. Jest ogrodnictwem. Ja nigdy nie mu­szę pracować w domu. Muszę wypolerować meble, odkurzyć, skończyć prasowanie.

Jakie karty wybrać?

Jakie karty wybrać?

Wiesz już, że co do jednego właściwie nie masz wyboru — za­wsze przy otwieraniu konta osobistego (lub chwilę później) bank wyposaży Cię w kartę debetową. Będzie to w większo­ści przypadków albo Maestro albo VISA Electron. Ich funk­cjonalność jest podobna — służą do wypłat gotówki i dokony­wania transakcji bezgotówkowych wszędzie tam, gdzie działają elektroniczne terminale POS.

O ile karta debetowa jest narzucana z góry, o tyle wybór wszystkich pozostałych produktów kartowych zależy od Ciebie.

 

Co mogę doradzić? Przede wszystkim absolutnie nie bądź wierny jednej organizacji kartowej. Z własnego doświad­czenia wiem, że systemy kartowe lubią od czasu do czasu „zawieszać się”, a wtedy – jeśli akurat próbujesz robić zaku­py – jedynym lekarstwem jest użycie karty innej organizacji.

Zatem: jeśli w portfelu masz już Maestro, warto byś rozej­rzał się za dodatkową VISA. Jeśli natomiast bank wyposażył Cię w VISA Electron, pomyśl o dodatkowym zabezpieczeniu w postaci karty Eurocard/MasterCard. Wymieniłem tu dwie zdecydowanie przodujące organizacje kartowe, ale sprawa do­tyczy oczywiście także innych marek: PolCardu, Diners Club czy American Express. Tak jak nie powinieneś zostać z jedną kartą, tak lepiej nie oddawaj swego losu w ręce jednej organi­zacji płatniczej.

Drugorzędne znaczenie ma to, czy Twoja dodatkowa kar­ta będzie miała charakter obciążeniowy czy też kredytowy. Jest to raczej kwestia Twojego charakteru: czy jesteś odpor­ny na pokusy konsumpcyjne (wtedy możesz śmiało sięgać po kartę kredytową), czy też wolisz być co miesiąc rozliczany przez bank co do złotówki (karty obciążeniowe).

Jeśli jesteś aktywnym klientem różnych firm, które wydają karty wspólnie z bankami, możesz śmiało sięgnąć po te produk­ty. Uzyskasz bowiem sporo dodatkowych przywilejów.

Jeśli często jeździsz za granicę, możesz pomyśleć o kartach, które są rozliczane w dewizach (np. dolarowe karty Pekao SA czy BPH). Dzięki nim oszczędzasz na kosztach przeliczeń transakcji zagranicznych – a dziwnym trafem kursy, po jakich banki przeliczają wydatki kartowe są zwykle mało atrakcyjne. Samego ryzyka kursowego oczywiście nie unikniesz: na koncie karty masz zablokowane dolary, których wartość złotówkowa może się wahać w bardzo różny sposób.

Jeszcze inny dylemat mają ci użytkownicy, którzy chcą ko­rzystać z zakupów internetowych i telefonicznych, a obawiają się „sieciowych złodziei”. W takim przypadku radziłbym się­gnąć po oddzielną kartę (przeznaczoną tylko do takich trans­akcji), a charakteryzującą się niewielkim limitem wydatków. Jeśli jesteś aktywnym użytkownikiem, będziesz musiał wpraw­dzie często uzupełniać limit, ale za to nie musisz bać się cyber  kradzieży.

Próbuj tak długo, aż odkryjesz to, co Cię pasjonuje

Próbuj tak długo, aż odkryjesz to, co Cię pasjonuje

Być może jesteś pewien swego powołania tak samo jak ko­loru swoich oczu lub smaku ulubionych lodów. Może snujesz plany otwarcia własnej szkoły narciarskiej lub projektowania ekskluzywnych akcesoriów papierniczych. Myślisz o tym tak długo, że wydaje się to niemal rzeczywiste. Ale jest to tylko próba znalezienia sposobu na ruszenie z miejsca, na prze­kształcenie marzenia w rzeczywistość.

A może jest inaczej – czujesz palącą żądzę rozpoczęcia czegoś, prowadzenia czegoś i nie wiesz za bardzo, czym jest to ?coś”. Szkoły biznesu są wypełnione ludźmi, którzy szuka­ją tego samego, którzy starają się zgromadzić wszystkie na­rzędzia potrzebne do tego, aby ruszyć pełną parą w kierunku, który trzeba najpierw wytyczyć.

Czasami zdarza się, że coś burzy Twój spokój. Chociaż masz znakomitą pracę, jesteś ustawicznie zaprzątnięty no­wym pomysłem. Obracasz go w myślach jak kostkę Rubika, ćwicząc sposób poważnego, wyważonego powiadomienia o tym rodziny i przyjaciół. Pochłania Cię problem, ?jak zaro­bić na tym” pieniądze, aby nikt nie sądził, że postradałeś zmysły. Nieodmiennie towarzyszy temu przekonanie, że bę­dzie to wielka frajda.

Kiedy wracam do czasów myślenia o wyborze zawodu i odkrywania w sobie ambicji przedsiębiorcy, moje wybory wydają się raczej przypadkowe. Byłam zaledwie nastolatką, kiedy zaczęłam jeździć autobusem z Nutley w stanie New Jersey do Nowego Jorku, gdzie pracowałam u fotografa jako modelka. Koleżanki zazdrościły mi, że w kilka godzin pracy zarabiałam o wiele więcej niż one, pracując jako opiekunki do dzieci lub wypełniając obowiązki domowe. Moja praca była fajna i dobrze płatna. Wymagała pewnego optymizmu i napę­du, który nie każdy posiada.

W świecie wolnych strzelców każdy dzień zaczyna się od zera. Nie ma gwarancji przyszłego lub regularnego dochodu. Właśnie takie życie nauczyło mnie, że wiara w siebie i wy­trwała praca zaowocują dobrymi wynikami i dochodami. Niestety, kiedy wyszłam za mąż i ukończyłam studia z zakre­su historii i historii architektury, praca modelki mnie znużyła. Był to świetny sposób na uzupełnienie dochodów rodziny, ale ja chciałam rozpocząć prawdziwą karierę. Tęskniłam za czymś bardziej pobudzającym intelektualnie.

Wyposażona w nauki i zachętę ojca, że jeśli się przyłożę, mogę osiągnąć wszystko to, co zechcę – rozważałam moje perspektywy zawodowe. Nie miałam kapitału, żeby rozkręcić własny biznes. Miałam natomiast silne postanowienie, że bę­dę pracować i uczyć się. Udałam się więc na Wall Street i rozpoczęłam pracę w małej firmie maklerskiej, kupując i sprzedając akcje. Widziałam z bliska, jak firmy rosły i jak się rozpadały. Widziałam, jak niektóre firmy popełniały rażące błędy, a inne, takie jak MacDonald czy Electronic Data Sys­tems, rozwijały się i potężniały. To była niezwykle pasjonują­ca szkoła biznesu, mimo to nie wzbudziła we mnie żadnych zainteresowań zawodem maklera.

Kiedy przeprowadziłam się z mężem i dzieckiem do Con­necticut, postanowiłam opuścić Wall Street i spróbować cze­goś innego. Bardzo lubiłam urządzanie domów i terenów zie­lonych, pomyślałam więc, że handel nieruchomościami może być dla mnie odpowiednim zajęciem. Zaczęłam się uczyć i wkrótce po otrzymaniu licencji agenta nieruchomości uświadomiłam sobie, że sprzedawanie domów wymaga wielu godzin jeżdżenia z klientami. Zdecydowanie nie miałam na to ochoty. Porzuciłam tę pracę, zanim jeszcze zorganizowałam pierwszy ?otwarty dom” lub kupiłam jakąkolwiek nierucho­mość.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ często się zdarza, że próbujemy wielu różnych rzeczy, zanim odkryjemy to, co nas rzeczywiście interesuje. Eksperymentowanie jest jedynym sposobem, żeby się tego dowiedzieć. Próbując różnych zajęć, uczymy się rzeczy, które mogą przydać się później. Na przy­kład kiedy porzuciłam pracę modelki, nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek w przyszłości będę spędzać tak wiele czasu przed kamerami, a jednak zaczęłam to robić i robię regular­nie. Będąc maklerem giełdowym, widziałam, jakie kłopoty miały firmy zaciągające zbyt wielkie kredyty i rozwijające się zbyt szybko. Postanowiłam wtedy, że nigdy nie będę rozbu­dowywać przedsiębiorstwa drogą zadłużania się. Ale widzia­łam także firmy, w których dynamiczna dyrekcja inspirowała pracowników do osiągania imponujących wyników. Starałam się więc motywować ludzi i zapewniać im odpowiednie kie­rownictwo.

Przelotne spotkanie z handlem nieruchomościami udzieli­ło mi ważnej lekcji: mimo że nie lubiłam obwożenia klientów i oglądania z nimi domów, bardzo odpowiadało mi traktowa­nie rynku nieruchomości jako terenu własnych inwestycji.

Odkryłam wówczas, że prawdziwe oblicze każdego zajęcia może różnić się bardzo od tego, jak je sobie wyobrażamy. Fa­sada niektórych prac może robić wrażenie zabawnej, ekscytu­jącej, a nawet olśniewającej. Za kulisami rzeczywistość bywa niekiedy zupełnie inna.

Tak właśnie wygląda biznes restauracyjny. Prowadzenie restauracji tylko częściowo polega na gotowaniu smakowi­tych dań i witaniu z szerokim uśmiechem stałych, zaprzyjaź­nionych klientów. Trzeba znać się na kupowaniu żywności w stosownych ilościach i odpowiedniej jakości. Należy rozu­mieć potrzeby kulinarne i upodobania środowiska, w którym restauracja się znajduje. Trzeba zatrudniać pracowników kuchni oraz kelnerów i umieć nimi kierować. Należy też być przygotowanym do zastąpienia w każdej chwili stolarza, hy­draulika, barmana, pomywacza lub ślusarza, jeśli jest to ko­nieczne do zapewnienia funkcjonowania restauracji. Warto także pogodzić się z niedogodnymi godzinami pracy i nie­możnością spędzenia świąt z rodziną. Biorąc pod uwagę te wszystkie trudności, istnienie tak wielu znakomitych restau­racji wydaje się niemal cudem.

Nie obawiaj się próbowania nowych rzeczy. Obiecuję, że bez względu na własne doświadczenie nauczysz się czegoś, co pomoże Ci wybrać zajęcie, które kochasz, i pracę, która będzie Cię cieszyć.